2. Słonecznikowe zadumanie

Długo nie pisałam, ponieważ byłam zajęta poprawianiem tego nieszczęsnego bukietu, o którym pisałam wcześniej. Teraz jest skończony, albo jest skończony jako obraz! Sama nie wiem...
Ciągle nie jestem z niego całkowicie zadowolona. Muszę sobie powiedzieć: koniec, fertig, kropka,
i nie domalowywać mu ciągle tego, co dawno zostało namalowane...Wyjątkowo namolnie się do niego przyczepiłam. Cóż, czasami mi się to zdarza...

                                  Dzisiaj skończyłam również obraz ze słonecznikami, który zaczęłam malować pod koniec lata. I..."poszedł mi jak z płatka"! Teraz stoi sobie na meblach w pokoju, dumny, bo ciągle tamtędy przechodzę aby go podziwiać! Ale podczas malowania wcale tak nie było. Nie podobał mi się zbytnio, i mogę się uczciwie przyznać, że aż tak mi na nim nie zależało...To ciekawe, bo kocham swoje obrazy...Myślę, że lepiej jeśli bardziej skupiam się na samym wykonaniu, a nie na czułym dopieszczaniu kochanych kwiatów, to w efekcie wychodzą bardziej dopieszczone właśnie!


Ze słonecznikami powstało już wiele dzieł wielkich mistrzów. Nie powielam ich, ponieważ to głupie robić coś, co już zostało zrobione. Poza tym nikt nie namaluje kopii lepiej od samego mistrza. Podobnie mogą jedynie namalować fałszerze, ale oni  wytwarzają falsyfikaty.
Mają też gotowy wzór...O wiele trudniej dokonać wyboru samemu, pokochać ten wybór, a potem jeszcze umieścić w trójwymiarowej przestrzeni...
A właściwie odwrotnie: najpierw pokochać...
Namalowałam już parę obrazów ze słonecznikami. Pierwszy bukiet urzekł mnie w kościele.
Miałam trudność w malowaniu, ponieważ w ogóle nie używam ołówka. Po prostu od razu maluję.
Tak więc musiałam długo podpatrywać to słonecznikowe piękno , aby zapamiętać kompozycję.


Oto one. Nazwałam je: "Słoneczniki w glinianym dzbanku" .
Pamiętam, że parę razy zmieniałam im tło. Teraz cieszą mnie, bo jest zima, a kwiatów jak na lekarstwo.

Wracając do ołówka - jaki sens ma szkicowanie czegoś na płótnie, jeśli podczas malowania i tak się wszystko zamaluje?...Nie wyobrażam sobie obmalowywania obrysowanych konturów...
Zresztą jak by to wyglądało?...W moim wydaniu na pewno okropnie!
Poza tym wydaje mi się, że malarstwo właśnie na tym polega: na malowaniu. Od razu farbami
i pędzlem. I dlatego tacy ludzie nazywają się malarzami: bo malują właśnie:)